Studencki savoir vivre

STUDENCKIE GAFY - jak ich unikać
Iwona Krop

      Żyjemy w społeczeństwie - w wielkiej zbiorowości ludzkiej, dlatego każdego z nas obowiązują pewne wzory zachowań: normy prawne oraz niepisane normy tzw. dobrego zachowania. Znajomość tych norm bywa w życiu bardzo pomocna. Jeśli nie wiemy jak się zachować, bądź świadomie zachowujemy się niestosownie do danej sytuacji, często spotykają nas niepowodzenia. Czasem po jednorazowym incydencie przylega do nas opinia osoby źle wychowanej. Normy i zasady dobrego wychowania obowiązują nie tylko w kinie, teatrze czy "u cioci na imieninach" - obowiązują wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z bezpośrednim kontaktem z drugim człowiekiem. Takim miejscem jest również uczelnia. Życie akademickie także toczy się wedle pewnych określonych reguł.

SMS-y dla rodziny i kolegów
      Spotkałam się z koleżanką, panią adiunkt z Uniwersytetu Warszawskiego. Siedzimy, pijemy herbatkę, rozmawiamy, nagle "pika" jej telefon komórkowy.
- Pozwolisz, że odbiorę, może to coś ważnego? - pyta koleżanka.
Zgadzam się. Koleżanka wyjmuje telefon i czyta mi na głos wiadomość jaką otrzymała: PANI DOKTOR CZY BĘDZIE PANI DZIŚ NA UCZELNI?
- Podałam studentom numer swojej komórki, na wypadek, gdyby potrzebowali kontaktu ze mną, ale oni przesadzają, przysyłając mi takie SMS-y - skomentowała z niesmakiem tę sytuację. - Czy osoba, która mi go przysłała łudzi się, że odpowiem? Przecież to graniczy z bezczelnością.
      Doskonale rozumiem oburzenie koleżanki. Student nawet nie raczył się podpisać. Wykładowcy podają numer prywatnego telefonu komórkowego po to, by studenci mieli z nimi kontakt na wypadek, gdyby pojawiła się pilna i - UWAGA! - nie cierpiąca zwłoki sprawa, gdyby mieli jakiś ważny problem, wątpliwość, potrzebowali natychmiastowej konsultacji. To bardzo ważne, żeby zapamiętać, że wszystkie te przypadki dotyczą tylko sytuacji nie cierpiących zwłoki - takich, które nie mogą być załatwione w czasie najbliższego dyżuru, jaki w każdym tygodniu wykładowca odbywa na uczelni.
      - Taki SMS to jeszcze nic - uspokajam koleżankę. - W ubiegłym roku pewna studentka SMS-ami wysyłanymi z Internetu usiłowała przesłać mi skróconą wersję pracy zaliczeniowej i była wielce zdziwiona, gdy poprosiłam, by tę pracę w pełnej wersji dostarczyła na uczelnię, przesłała e-mailem lub zwyczajnie - pocztą - opowiadam.
      Może obydwie jesteśmy przewrażliwione, może pochodzimy z innej epoki. W końcu zarówno ja, jak i koleżanka adiunkt urodziłyśmy się w latach siedemdziesiątych, w innych czasach, studiowałyśmy na początku okresu transformacji ustrojowej, kiedy telefony komórkowe posiadali tylko nieliczni "ludzie interesu". Wydaje nam się jednak, że takie zachowania jak te opisane powyżej są niestosowne. Wykładowca to nie kolega i na SMS-y nie ma obowiązku odpowiadać. Oczywiście, ma on prawo zezwolić studentom na taką formę komunikacji, ale są to zazwyczaj sytuacje wyjątkowe i tylko wtedy, gdy się wcześniej tak ze studentem umówi.
      Wykładowca, podając numer prywatnego telefonu komórkowego, robi grzeczność, nie jest do tego zobowiązany. Wykorzystujmy więc ten numer tylko w ważnych sprawach, jeśli mamy pytanie, problem, musimy uzyskać informację od wykładowcy to zadzwońmy do niego, a nie nagabujmy SMS-ami. Dzwoniąc do wykładowcy również pamiętajmy, że obowiązują pewne zasady określające porę, w jakiej wykładowcę wypada niepokoić swoim telefonem. Możemy dzwonić między 10:00 rano a 17:00, telefonowanie po godzinie 20:00 jest niewskazane. Również nie na miejscu jest dzwonienie w niedziele i dni świąteczne.
      Wracając do tematu opisanej powyżej pracy zaliczeniowej, należy podkreślić, że SMS - krótka wiadomość tekstowa - nie służy do przesyłania dłuższych prac. Nie należy mylić pracy zaliczeniowej z braniem udziału w konkursie audio-tele.

Korespondencja internetowa - netykieta akademicka
      Ściągam pocztę z Internetu. Pomiędzy listami od znajomych nadawców, reklamówkami i pracami zaliczeniowymi studentów, jest e-mail - nadawca "kiki".       - Nie znam nikogo takiego - mówię sama do siebie - do tego brak tytułu listu. To pewnie kolejny spam. A może jakiś nowy wirus szaleje po Internecie i po otwarciu wiadomości skasuje mi twardy dysk? - w moich oczach pojawia się przerażenie. - A może to nie wirus? - zastanawiam się dalej. - W końcu zadałam studentom pracę na zaliczenie zajęć i podałam własny adres e-mailowy, by w ten sposób je do mnie przesyłali.
      Odbieranie prac zaliczeniowych w domu, możliwość ustosunkowania się niemal do każdego fragmentu pracy i szybka odpowiedź nadawcy, tak by ewentualne błędy mógł sprawnie poprawić, jest bardzo korzystne dla obu stron.
      Raz kozie śmierć! - odważam się i otwieram e-maila. Pusto! A więc to pułapka! Przez własną naiwność pozwoliłam zainfekować sobie komputer - ciężko oddycham wystraszona. - A może jednak nie? Dostrzegam, że e-mail zawiera załącznik. Dołączono plik zatytułowany "Cele". Nie jest to temat pracy zaliczeniowej, ale brzmi znajomo. To chyba jednak do mnie - wzdycham z ulgą. Otwieram dokument. Oczywiście, nie myliłam się to praca zaliczeniowa studentki.
      Studentka miała tym razem szczęście, że w ogóle zdecydowałam się na otworzenie tego e-maila. Brak nadawcy - nie wiem kim jest "kiki", brak tematu, no i brak jakiejkolwiek informacji, w jakim celu i przez kogo został przesłany - wszystko to kwalifikowało ową wiadomość do wykasowania bez uprzedniego zapoznania się z jej treścią.
      Takich anonimowych prac do mojej skrzynki e-mailowej "wpadło" pod koniec letniego semestru bardzo dużo. A to jakiś "Mirek" do mnie napisał, choć żadnego Mirka w żadnej z 13 grup ćwiczeniowych nie miałam, a to "PZM T...", a to "andu". Część listów, jak ten opisany powyżej, z duszą na ramieniu otwierałam, ale pewnie zdarzyły się i takie, które usunęłam, bo z racji tego, że nie znałam nadawcy, nazwa użytkownika wyglądała podejrzanie, a w temacie nie było podane co to za wiadomość, obawiałam się otworzyć i od razu je kasowałam.
      To jednak jeszcze nie wszystko, jeśli chodzi o korespondencję e-mailową. Czasem student nie zapomni wpisać tematu, mam zatem pewność, że to nie wirus ani spam, ale za to zapomni się podpisać, więc nie mam pojęcia co za anonim do mnie napisał i komu mam, po zapoznaniu się z pracą, wpisać zaliczenie? Czasem nawet podpis się zdarza, ale za to jest on niezwykle lakoniczny, np.: "Ania". Problem w tym, że Ań ci u nas w szkole dostatek, co bardzo utrudnia zidentyfikowanie personaliów nadawcy.
      A teraz słów kilka o tym, jak powinno się pisać listy, e-maile do wykładowców, by były zgodne z obowiązującymi normami, by nie wypaść w ich oczach jako osoba posiadająca braki w wychowaniu:
- po pierwsze: Jeśli posiadasz konto internetowe, w którym jako nazwa użytkownika wyświetla się nick, pseudonim, a nie imię i nazwisko, zmień to lub załóż drugie konto z imieniem i nazwiskiem. Na wielu serwerach można zakładać konta darmowe. Takie konto przyda się nie tylko do prowadzenia korespondencji z wykładowcami, ale także do innej oficjalnej korespondencji, np. gdy będziesz ubiegać się o pracę;
- po drugie: Zawsze pamiętaj o wpisaniu tematu e-maila, czyli krótkim zatytułowaniu, o czym będzie mowa wewnątrz. Podaj nazwę uczelni, wówczas wykładowca, odbierając pocztę, szybko spośród całej korespondencji wyłapie twój studencki list. Jeśli przesyłasz pracę zaliczeniową warto tę informację umieścić w tytule, na przykład zatytułować: WSSE zaliczenie... i tu dodać nazwę przedmiotu. Wtedy odbiorca będzie miał pewność, że ten list jest do niego adresowany. Jeśli list nie zawiera pracy zaliczeniowej, lecz inne informacje, temat także musi być adekwatny do jego treści. Robi się to po to, by adresat był pewien, że list nie jest groźny dla jego komputera i wiedział, jakiej sprawy dotyczy. Czasem wykładowca sam może podać, co student musi koniecznie wpisać w okienku tematu, by jego praca została na pewno odczytana, a nie potraktowana jak spam i wylądowała w koszu;
- po trzecie: Tekst samego e-maila musi być zgodny z podstawowymi normami, zasadami dobrego wychowania. List zaczynamy zwrotem grzecznościowym: Szanowna Pani lub Szanowny Panie. Jeśli chcemy możemy dodać tytuł wykładowcy, np. Szanowny Panie Profesorze czy Szanowna Pani Doktor. Raczej nie należy pisać tak jak studentki, których wiadomości podaję poniżej jako negatywne przykłady:

Dzień Dobry.
WSSE Ul. Kasprzaka 29/31
Anna Iksińska
Wydział Pedagogiczny rok III sem. 6
W załączniku przesyłam zaliczenie na warsztaty teatralne. Oczekuje na wiadomość zwrotną.


Albo

witam
wysylam 4 strony
Joanna Ygrekowska
pozdrawiam


Korespondencja z wykładowcą ma charakter oficjalny, trzeba więc pamiętać o standardach, a normy uczelniane różnią się od tych obowiązujących na forach, czatach internetowych czy innych "randkowniach". List zawsze należy podpisywać imieniem i nazwiskiem, nawet jeśli jako nazwa użytkownika wyświetla się imię i nazwisko, to pod listem należy je także podać. Dobrze jest też poinformować do jakiej grupy się należy oraz w jakim trybie pobiera się naukę. Jeśli przesyłana jest praca zaliczeniowa, warto dopisać numer indeksu. Jeśli nie mamy dostępu do komputera czy Internetu, a chcemy pracę wysłać e-mailem, korzystając z pomocy rodziny czy przyjaciół, należy osobę, która oddaje nam przysługę poinformować, by w e-mailu napisała w czyim imieniu przesyła pracę i podpisała się.
- po czwarte: Pracę zaliczeniową zawsze wysyłamy w załączniku. Wklejenie tekstu do okienka e-maila może spowodować jego deformację. Poza tym załącznik o wiele łatwiej zapisać i zarchiwizować w odpowiednim folderze niż e-mail. Jeśli wykładowca odbiera e-maile przez stronę www., wówczas po rozłączeniu z siecią nie ma już dostępu do twojej pracy. Natomiast, gdy praca przesłana jest w pliku tekstowym, załącznik bez problemu można zapisać na dysku.

Nie każdy wykładowca jest profesorem
      Idę uczelnianym korytarzem, za mną biegnie studentka. - Pani profesor, pani profesor! - wykrzykuje. Dobiega do mnie. - Pani profesor, czy jak ja...?
- Nie jestem profesorem, jestem magistrem - przerywam zaskoczona.
      Inna sytuacja. Posiedzenie rady wydziału. Pracownicy naukowo-dydaktyczni zbierają się w sali konferencyjnej, gdzie ma się odbyć spotkanie. Siedzą obok siebie profesorowie, doktorzy, magistrowie, władze wydziału i uczelni. Do sali wpada zdyszana studentka i głośno zadaje pytanie:
- Czy zastałam panią profesor ...? - tu pada nazwisko magistra.
      Pani magister postawiona w trudnej sytuacji, co pomyślą sobie o niej inni zgromadzeni w sali, wychodzi do studentki.
      Uczelnia to nie liceum, nauczyciel akademicki nie równa się profesor. W szkole wyższej nie każdy wykładowca jest profesorem. Prowadzącego zajęcia tytułujemy zgodnie z tym, jakim legitymuje się tytułem bądź stopniem naukowym. Tytułowanie wszystkich profesorami świadczy o tym, że jeszcze z liceum nie wyrośliśmy. Ale może też być odbierane jako brak wiedzy o tym z kim mamy do czynienia. Należy wykazać odrobinę zainteresowania i sprawdzić choćby na planie zajęć, jaki tytuł bądź stopień naukowy ma nasz wykładowca i tak się do niego zwracać. Pani profesor, panie profesorze mówimy do tych wykładowców, którzy mają tytuł profesora. Doktorów i magistrów nie należy w ten sposób tytułować. Doktor jest panem lub panią doktor. Tu pozwolę sobie na małą dygresję - spotkałam się kilkakrotnie z określeniem doktór. Powiedzmy to sobie jasno - doktór to archaiczne, gwarowe określenie lekarza, a doktor to stopień naukowy. Magister jest panem lub panią magister. Nie mylmy tego.
      Warto pamiętać, jak nazywają się nauczyciele akademiccy, jakie imię i nazwisko nosi wykładowca konkretnego przedmiotu. Do wykładowcy nie wypada także zwracać się imieniem pani Anno czy też pani Aniu.
      Pamiętam sytuację, gdy pewnemu profesorowi pomagałam sprawdzać prace egzaminacyjne. Studenci z niecierpliwością czekali pod drzwiami na wyniki. Kiedy było już wiadomo, kto zdał i na jaką ocenę, kilku studentów spośród tych, którzy uzyskali lepsze oceny, od razu sięgnęło do toreb po indeksy i zapytało, czy pan profesor będzie mógł od razu wpisać im oceny. Profesor zgodził się, poprosił tylko, by studenci w indeksach wypełnili rubrykę z nazwą przedmiotu i nazwiskiem wykładowcy, przy czym zażartował również i zapytał studentów, czy ma im przypomnieć jak się nazywa. Studenci jednogłośnie stwierdzili, że bardzo dobrze to wiedzą. Profesor otwierał indeksy, wpisywał oceny i jakież było jego zdziwienie, gdy w jednym z indeksów obok nazwy przedmiotu, który wykładał, student wpisał nazwisko zupełnie innego profesora, nie wykładającego nawet na uczelni, na której studenci pobierali naukę.

Szacunek dla wykładowcy
      Kwiecień, ciepło na dworze, idę z panią profesor z budynku głównego przez podwórze do drugiego budynku. Na schodach przed wejściem siedzą studenci. Zatrzymujemy się i rozmawiamy z nimi. Studenci nadal siedzą, z nonszalancko pozakładanymi noga na nogę, palą papierosy, wydmuchują dym niemal prosto w nos pani profesor. Ci, dla których zabrakło miejsca na schodach, stoją z rękoma w kieszeni. Pani profesor prosi ich o pomoc w zorganizowaniu wystawy. Studenci chętnie się zgadzają i obiecują, że pomogą.
      Powinnam się cieszyć, bo nie muszę robić wystawy sama, a jednak ta sytuacja mnie zaniepokoiła. Gdy studenci rozmawiają z panią profesor, dużo starszą od siebie osobą, powinni wstać, odłożyć papierosy, wyjąć ręce z kieszeni.

Masz pytanie - poczekaj na przerwę
      Zajęcia warsztatowe ze studentami. Prowadzący rozpoczyna ćwiczenia. Mija 30 minut. Nagle drzwi otwierają się i wchodzi grupa spóźnialskich. Wykładowca kontynuuje swój wywód, tłumaczy grupie na czym będzie polegało kolejne zadanie. Spóźnialscy nie przejmują się tym, że nie przyszli na czas, przeszkadzają i robią zamieszanie. Nim prowadzący skończy tłumaczyć zadanie, przerywają mu w pół zdania i zasypują go pytaniami.
- Jakie są warunki zaliczenia? - pyta pierwsza studentka.
- Czy ja mogę wcześniej wyjść, tak ze dwie godziny przed końcem, bo odjedzie mi ostatni pociąg? - dopytuje się kolejna.
      Prowadzący tłumaczy, że na wszelkie pytania odpowie w czasie przerwy, teraz trwają zajęcia i szkoda czasu na poboczne tematy, o warunkach zaliczenia powiedział na początku, gdy spóźnialskich nie było. Może im to jeszcze raz wyjaśnić, ale tak, by inni nic nie tracili, czyli w czasie przerwy. Kontynuuje zajęcia, podaje kolejne zadanie do wykonania, tłumaczy tak, by ci, którzy się spóźnili dokładnie zrozumieli co mają zrobić.       Podczas gdy prowadzący mówi do grupy, przedstawiciele spóźnialskich, zamiast zacząć słuchać i uczestniczyć w zajęciach, podchodzą do prowadzącego niczym do spowiednika i zadają mu te same pytania na ucho.
      Efektem takiego zachowania jest zdenerwowanie prowadzącego. Przecież przed chwilą powiedział: Wszystko wyjaśnię podczas przerwy. Widać studenci nie potrafią słuchać ze zrozumieniem. Takie zachowanie rozprasza prowadzącego, przerywa mu tok myślenia. ale przeszkadza również grupie.
Wnioski?
* Należy pamiętać, że na zajęcia przychodzimy o czasie. Obyśmy nie byli zdziwieni, gdy któregoś dnia, przychodząc ponad 15 minut po czasie (dopuszczalny kwadrans akademicki) na zajęcia obowiązkowe, zastaniemy drzwi do sali zamknięte na klucz i nie zostaną nam otworzone, mimo że wewnątrz będziemy słyszeć głosy. Jest to normalna praktyka na wielu uczelniach, gdy wykładowca chce w spokoju, bez zakłóceń, poprowadzić zajęcia.
* Jeśli już wchodzimy na zajęcia spóźnieni, nie przeszkadzajmy, nie róbmy zamieszania, nie zasypujmy prowadzącego pytaniami, poczekajmy z tym do przerwy.

Na zajęcia bez telefonu
      W niemal wszystkich pomieszczeniach uczelni wiszą informacje o konieczności wyłączania telefonów na zajęciach. Dzwoniący na zajęciach telefon bardzo dezorganizuje pracę. Nie tylko rozprasza wykładowcę, ale dodatkowo pokazuje, że student nie zna podstawowych norm zachowania na uczelni, jak również nie szanuje prowadzącego i kolegów. Zostawiając włączony telefon bierze pod uwagę fakt, że może zakłócić zajęcia.
      Zatem telefony należy na zajęcia wyłączać albo chociaż wyłączać dźwięk, poza tym nie należy rozmawiać przez telefon na sali ani też z telefonem w czasie zajęć wychodzić. To samo dotyczy odbierania SMS-ów, a ich wysyłanie na zajęciach odbierane jest jako brak elementarnego wychowania.
      Oczywiście może się zdarzyć sytuacja wyjątkowa, np. na sali jest matka, która zostawiła w domu chore dziecko pod opieką niani. Jeśli taka mama czeka na telefon z domu, przed zajęciami może przeprosić prowadzącego, wytłumaczyć jaka jest sytuacja i że musi mieć włączony telefon. Wtedy najlepiej wyłączyć dźwięk i zostawić alarm wibrujący albo świetlny, usiąść blisko drzwi i gdy telefon zadzwoni po cichutku, tak by nikomu nie przeszkadzać, wyjść na korytarz. Jednak prowadzącego należy ostrzec, że taka sytuacja może się zdarzyć, by nie poczuł się dotknięty.
      Opisane tu zostały najczęściej spotykane nietaktowne zachowania studentów. Być może ten artykuł pomoże tym wszystkim, którzy dotychczas nie wiedzieli jak wypada w opisanych sytuacjach się zachowywać, a jak nie wypada i dlaczego. Taka też była idea tego artykułu. Oby sytuacji opisanych w powyższych przykładach na uczelni zdarzało się coraz mniej. Nasze zachowanie, to jak odbierają nas inni, czy okazujemy im szacunek, czy zachowujemy się zgodnie z normami - wpływa na to jak inni nas oceniają.
      Jeśli opinia o nas nie jest w naszej ocenie satysfakcjonująca, być może to nie oceniający jest stronniczy, lecz oceniany powinien pomyśleć, czym sobie na taką a nie inną opinię zasłużył. Warto się nad tym zastanowić.

"Oświata i Wychowanie" październik 2005